Login  
Hasło  
 
witamy, jest : 05/08/128408, 00:00:00
Dodaj kwaterę
Przegląd prasy
Nasze relacje
 
Strona główna
Zima
Aktualności
Ogłoszenia
Księgarnia
 
Konto
Poczta
 
Przewodnik
Galerie
Noclegi
Noclegi
Przewodnicy
 
Oferta
WWW
Kontakt
 
Administracja

Zadaj pytanie
Indeks Wybierz państwo:





Czukotka - oczami podróżników


Witajcie!

Pozdrawiam Was z gorącej Moskwy!

Mimo iż jeszcze nie opuściliśmy z moim kolegą Moskwy, nasza podroż przebiega z bardzo barwnie! Mój kolega z Czech - Martin, okazał się super człowiekiem i dogadujemy się jak na razie bez problemu. Ma tu mnóstwo znajomych i pierwsze dni upłynęły nam na spotkaniach z kilkoma ciekawymi osobami.
Mamy już wiadomość z Czukotki, ze nasze Przepustki są gotowe i dziś - w środę, lub jutro - zostaną podpisane przez zastępcę Gubernatora.
Mamy zarezerwowane bilety na niedziele i najprawdopodobniej wczesnym rankiem, 23 sierpnia, będziemy wreszcie na miejscu.
Wynikły pewne kłopoty z rejestracja w Moskwie, ale oczywiście pokonaliśmy je i
jesteśmy dobrej myśli. Cóż, nie będę Was zanudzał szczegółami, ale pod względem obcowania z ludźmi, jest to mój najlepszy wyjazd;)

Czarek.



Daragije Druzja!

Jutro wylatujemy do Anadyru. Nie wiemy dokładnie, czy od razu uda nam się tam dostać, ponieważ na Czukotce panuje "nielotna pogoda". Dlatego możliwe, ze samolot wyląduje gdzieś po drodze.

Wczoraj poznaliśmy bardzo ciekawego rosyjskiego fotografa Wladimira Gippenreitera. Człowiek ten był swojego czasu reprezentantem ZSRR w narciarstwie górskim, pracował jako instruktor rożnych dziedzin sportu a potem zajął się profesjonalną fotografią. Wydal ponad 30 albumów o rożnej tematyce, ale wszystkie związane z Rosja. Oglądaliśmy fotografie z Dalekiej Polnocy, z Kaukazu, itd.

Pana Gippenreitera odwiedziliśmy w jego moskiewskim mieszkaniu. Na ścianach wisiały pamiątki z podroży, które odbył: krąg szyjny maleńkiego wieloryba, wyroby z kości morsa, poroże łosia i śnieżnego barana itp. Rozmawialiśmy, niczym jacyś dziennikarze, chociaż nie mieliśmy wcześniej w zamyśle prowadzenia wywiadu. Nagraliśmy sporo materiału na dyktafon, Martin zrobił kilka zdjęć. Pan Gippenreiter jest 87 letnim człowiekiem, w całości pochłoniętym pracą. Obecnie zbiera materiały do kolejnego albumu. Pracuje na starym drewnianym wielkoformatowym aparacie (niestety jeszcze nie nauczyłem się marek aparatów).

Zdziwiło nas usposobienie tego człowieka. Pogodny, z optymizmem patrzący w przyszłość, nie poddał się apatii nawet w okresie szalejącego stalinizmu. Zawsze pracował dla siebie, formalnie nie był nigdy zatrudniony, jednakże nie było to problemem, ponieważ ukończył akademie sztuki i ma wolny zawód. Władze go nie tykały. Nawet obecnie - mimo świadomości, ze nie zostało mu już wiele czasu - nie traci rezonu i cały czas intensywnie pracuje, chce dokończyć swoje projekty.

Cóż więcej, dużo historii można by opowiadać;). Dziś idziemy na spotkanie z detektywem, który pracował na Czukotce. Przesyłam Wam pozdrowienia i odpowiadam, ze bilety z powrotem mamy zarezerwowane na koniec października, gdzieś 1-3 listopada będziemy z powrotem.

S uvazeniem,


Czarek.



Witam z Czukotki!

Cóż powiedzieć o tym zupełnie innym świecie niż nasz... rożni się on z n a c z n i e od naszej Ojczystej ziemi - jeśli delikatnie powiedzieć. Wyobraźcie sobie: lecimy samolotem na północy Czukotki, obserwujemy z samolotu tereny bagniste z mnóstwem jezior, a potem tereny o teren o górskim reliefie, ładujemy na niewielkim płaskim placu wrzynającym się w morze, pokrytym niewysoka szarozielona trawa.

Po wylądowaniu, już w samolocie pojawili się urzędnicy FSB, którzy przeprowadzili kontrole paszportowa. Nie mięliśmy w rękach nawet kopii Przepustek z Administracji, które powinniśmy okazać kontrolerom. Człowiek, który nas zaprosił, miał na nas czekać na lotnisku. FSB-sznicy zabrali nasze paszporty do kontroli i kazali zgłosić się do ich biura.

Wychodzimy na lotnisku zbudowanym z betonu, wokół jakieś betonowe ruiny... Klimat niesamowity: powietrze nieprzejrzyste, przesiąknięte dymem z płonącej alaskanskiej tundry...

Po przyjeździe do terminala zrujnowanego betonowego budynku, spotkaliśmy naszego człowieka, który okazał się bardzo w porządku. Tutejsi mieszkańcy w ogóle są w porządku: pomocni, życzliwi, "druzni" (przyjaźni). Po odbyciu wszystkich formalności pojechaliśmy autobusem do "pricziala", zatoki, z której do stolicy CzAO - Anadyru. Aby się tam dostać trzeba przepłynąć barką przez "Anadyrski Liman" - Zatokę Anadyrską. To, co zobaczyliśmy po drodze do tegoż "pricziala", było w naszej polskiej skali przerażające. "Po rossijskim mierkam" - po prostu "bardak".

Budynki będące w stanie całkowitej ruiny: kupa żelaza, drewna, szkła, dają tylko bardzo dalekie skojarzenia, ze kiedyś mieszkali tu ludzie...20 metrów od drogi zaczynają się bagna: trawiaste laki zalane częściowo woda...

Dojeżdżamy do przystani dla barki: na drewnianej platformie oczekuje kilkanaście osób na transport "do goroda". Na przystani jest zimno, temperatura około 13 stopni i wieje wilgotny wiatr. To co zadziwia, to wielkie ryby - biełuchy; które wyskakują z wody. Wśród oczekujących, wymieniających między sobą żarty na temat życia na Czukotce, zauważyliśmy kilku "koriennych" mieszkańców, niewysokich skośnookich Aborygenów. Wreszcie podpłynęła stara, trochę zardzewiała barka, wysiedli przyjezdni, wsiedli oczekujący i wśród nich my. Kapitan - silny i zaprawiony w trudnych warunkach człowiek z ogorzałą twarzą, popędza maruderów: wsiadać szybko!

Płyniemy przez Anadyrski Liman, wieje silny zimny wiatr, odziewamy się w polary i kurtki przeciwwiatrowe. Już po kilkunastu minutach godzinnego rejsu pojawia się z początku skrywane, potem świadomie odpychane pytanie: "Co my tutaj będziemy robić???".

Dopływamy do Anadyru. Z tumanu, wszechogarniającego nas dymu, wyłaniają się absurdalnie kolorowe bloki. To pomysł gubernatora - Romana Arkadieewicza Abramowicza, który szare sowieckie bloki, wprowadzające nawet przyjezdnego - a co dopiero miejscowego - w trwałą depresje, postanowił pokolorować. Wyobraźcie sobie blok mieszkalny, pomalowany na 5 kolorów w paski, szlaki czerwone, żółte, niebieskie itd...

Zapraszam na stronę chukotken.ru, tam są one sfotografowane.

Nasz znajomy zaprosił nas na nocleg. Dziś poznaliśmy dziennikarza miejscowej telewizji, który zaprosił nas do swojego wolnego domu na nocleg tak wiec mamy na kilka dni przyczółek. Poznaliśmy dziennikarza miejscowego radia, który jest jednocześnie podróżnikiem i fotografem i udzieli nam pomocy w dalszej podroży. Siedzimy właśnie w mieszkaniu dziennikarza miejscowej gazety, i oglądamy profesjonalne zdjęcia Czukotki - tzn., Martin ekscytuje się ich walorami artystycznymi a ja pisze Wam ten list.

Cóż można powiedzieć o mieście Anadyr? Żyje tu około 10 tys. mieszkańców, do tego około 2 tysięcy... Turków, zatrudnionych na budowach. Anadyr to "wielki plac budowy". Z zaspanego, kompletnie bez przyszłości sowieckiego miasta, gubernator postanowił stworzyć miasto w stylu niemal europejskim. Trwa budowa betonowych dróg, remont domów, budowa nowych kilkupiętrowych domow. Ulica Otke - główna aleja miasta długości około 3 km, jest jego wizytówką. Jest tu wiele nowoczesnych, wyremontowanych domow, supermarket, campus zawodowego colegu, bank, sklepy. Jak na warunki rosyjskie - super, na warunki polskie - ok.

Powoli kończę. Jesteśmy zdrowi, mamy kilku znajomych - dziennikarzy, tak wiec jest z kim poobszcziatsja - poobcować, mieszkamy w przyzwoitym mieszkaniu za darmo, i myślimy, dokąd dalej pojechać. Właściwie wiemy dokąd - na Przylądek Dziezniowa - końcowy punkt Eurazji, w przybliżeniu wiemy, jak tanio tego dokonać. Pozdrawiam Was serdecznie, i do następnego pisania!



Czarek.


1 | 2